Dzień Archeologii – wywiad z Tomaszem Sawickim

 

Tomasz Sawicki jest zastępcą dyrektora Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie. Jest także archeologiem z długoletnim doświadczeniem, dlatego w Dzień Archeologii chcieliśmy zadać mu kilka pytań na temat tej dziedziny. Pan Tomasz interesuje się konserwacją archeologicznych przedmiotów metalowych, ze szczególnym naciskiem położonym na ich rekonstrukcję. Jak sam mówi: "Ratuję przypadki beznadziejne". Zajmuje go również modelarstwo redukcyjne, w tym projektowanie i wykonawstwo makiet archeologicznych i historycznych (m.in. dla muzeów). Zapraszamy do przeczytania wywiadu z archeologiem – Tomaszem Sawickim.

Aleksandra Dudczak: Co miało wpływ na Pana decyzję o zostaniu archeologiem?

Tomasz Sawicki: Zawsze powtarzam, że ogromny wpływ na nasze dorosłe życie mają lata dziecięce i młodzieńcze. Ogromne przeżywanie w tym czasie pewnych zjawisk, które odciskają się piętnem na przyszłym naszym życiu. Bardzo wiele naszych młodzieńczych oczarowań często przekłada się w przyszłości na pracę zawodową. Nie ma nic lepszego niż praca przy czymś, co się kocha i co się lubi! Tak mi się właśnie szczęśliwie udało. To już "prehistoria", ale zaczęło się od tego, że poszedłem z moją babcią jako „nieopierzone pisklę” obejrzeć premierę filmu „Krzyżacy” (reż. Aleksander Ford, przyp. A.D.). Wróciłem porażony tym, co zobaczyłem: rycerstwem, odgłosami walki, szczękiem broni… wówczas to były dla mnie "starożytne rzeczy". Byłem tym strasznie poruszony i przez długi czas rysowałem rycerzy. To przeżywanie uzupełnione kolejnymi "wstrząsami historycznymi" z powodu filmów, jak np.po obejrzeniu "Żółtej ciżemki" ("Historia żółtej ciżemki", reż. Antonina Domańska, przyp. A.D.). W tym filmie również rzecz się dzieje w średniowieczu. Kolejny film to "Faraon" (reż. Jerzy Kawalerowicz, przyp. A.D.). Te filmy mnie po prostu rozłożyły. Wszystko to mnie owładnęło – wiedziałem, że w przyszłości będę historykiem, a może nawet archeologiem.

A.D.: Został Pan jednak archeologiem, dlaczego?

T.S.: Sama historia jako nauka mnie specjalnie nie pociągała – to jest grzebanie w dokumentach i interpretacja. Czytanie mnóstwa książek na temat jakichś tam interpretacji historycznych. To właśnie ta odkrywczość, która jest w archeologii, że „może ja wreszcie wykopię coś takiego, że zmieni oblicze historii w polskiej historii średniowiecza, a może nawet i w Europie” – to wielkie marzenia. Marzyłem też o tym, by pojechać do Egiptu i tam badać piramidy i grobowce. To były tylko marzenia, ale rzeczywiście zrealizowałem przynajmniej część z nich – mimo że skończyłem technikum budowlane, zdałem na studia humanistyczne. W roku 1981 ukończyłem studia stacjonarne na Wydziale Historycznym kierunek Archeologia Polski Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu z pracą magisterską pt. "Średniowieczne i nowożytne przedmioty żelazne z Kruszwicy stan. 4 i 4a".

A.D.: Dostał Pan pracę w zawodzie po studiach?

T.S.: Praktycznie zaraz po studiach zacząłem pracę w Gnieźnie. Początkowo zależało mi, jako rodowitemu poznaniakowi, by kopać w Poznaniu. Jednak to „zesłanie” do Gniezna przerodziło się w dumę! Oto otrzymałem we „władanie archeologiczne” Górę Lecha – to jest taki drugi Wawel. Mniejszy, ale Wawel. Tutaj były początki państwa polskiego, tutaj królowie byli koronowani – byłem z tego bardzo dumny.

A.D.: Jakie czekały na Pana wyzwania w tej pracy?

T.S.: Góra Lecha to stanowisko niesłychanie trudne i wymagające. Poświęciłem szereg sezonów badawczych na moje ukochane kopanie gnieźnieńskiego zespołu grodowego, a także przyległych osad. Przez to, że działania archeologiczne dzieją się latem, odbiło się to także na mojej rodzinie – do dzisiaj mi wypominają moje wykopaliska podczas wakacji! Jednak muszę powiedzieć, że wykorzystałem tę szansę. Wówczas była szansa kopać szeroko i głęboko. Wydaje mi się, że wykorzystałem tę okazję do maksimum. Chciałoby się jeszcze…

A.D.: Nie można już?

T.S.: Problem polegał na tym, że nie zawsze kopaliśmy tam, gdzie chcieliśmy kopać, lecz tam, gdzie było można. Nadal brakuje nam pewnych badań dotyczących np. obecności palatium gnieźnieńskiego, które z całą pewnością jest na Wzgórzu Lecha i tego słowa nie cofnę.
Jestem chyba najbardziej długoletnim badaczem Góry Lecha – mija właśnie 35 lat pracy w Gnieźnie, a na samym Wzgórzu spędziłem prawie 28 sezonów badawczych.

A.D.: Jakie jest Pana największe lub najbardziej cieszące odkrycie?

T.S.: Cieszące to byłoby wspomniane palatium – może jeszcze mnie to czeka. Najbardziej jednak zaskakujące i spektakularne było odkrycie pracowni ceramicznej wytwarzającej elementy wystroju architektonicznego. Dachówki, cegły, ale głównie płytki –zarówno te niezdobione, jak i te przepięknie zdobione. Była to pracownia romańska pochodząca ze schyłku XII w. Wzory płytek były przepiękne ze wspaniałymi przedstawieniami różnych scen – zwierzęcych i ludzkich – bardzo ciekawe i tajemnicze. Do dziś historycy nie są pewni co do ostatecznej interpretacji niektórych ze scen. Być może dlatego, że odkopaliśmy jakąś część produkcji. Jest to ewenement w skali europejskiej. Drugim odkryciem, bardzo ważnym i zwalającym z nóg, były kafle z XV-XVI w. (w zbiorach MPPPG, przyp. A.D.). Jednak muszę wspomnieć także o największym smaku mojego życia – kurhanie znajdującym się po południowej stronie kościoła św. Jerzego w Gnieźnie. Jest to konstrukcja niewyobrażalna – ciągnie się w dół prawie 8 metrów! Pochodzi z czasów przedchrześcijańskich – jest to wyróżnik dla Gniezna (więcej o kurhanie i teorii Pana Tomasza Sawickiego, na jego temat można przeczytać TUTAJ).

A.D.: Co jest najtrudniejsze w pracy archeologa?

T.S.: Trzeba mieć końskie zdrowie! Choroby zawodowe, jak reumatyzm i uszkodzenia stawów, niestety przychodzą. Jednak całkiem poważnie mówiąc – najtrudniejsze jest bezpieczeństwo ludzi na wykopach, zwłaszcza głębokich. Często na wykopach pracują ludzie młodzi, pełni energii, niesforni i to bractwo trzeba upilnować, ubezpieczyć. Człowiek kierujący wykopaliskami i tak zawsze ponosi odpowiedzialność za to, co się stanie.Trudne jest także zabezpieczenie historycznej struktury, którą kopiemy. Nieumiejętne kopanie może spowodować całkowitą degradację stanowiska czy obiektu. Tego zawsze archeolog się boi – czy przyjmie właściwą metodę badawczą. Z wiekiem wie się, jak kopać i jaką metodę badawczą przyjąć. Ja zaczynałem jako bardzo młody człowiek i wziąłem na siebie wielką odpowiedzialność kopania bardzo ważnych dla naszego państwa obiektów – tu na Wzgórzu Lecha w Gnieźnie. To było i straszne, i cudowne zarazem.

A.D.: Czy namawia Pan młodych ludzi do pójścia na studia archeologiczne?

T.S.: Polecam archeologię ludziom wytrwałym i niebojącym się pracy w terenie. Ja mam szczęście, bo kopię kilka minut od Muzeum, w którym pracuję. Jednak moi koledzy często pracują z daleka od domu, z daleka od rodziny – trzeba być silnym.

A.D.: Czyli na Dzień Archeologii życzyć Panu odkrycia palatium gnieźnieńskiego, tak?

T.S.:Tak! Palatium i rozwiązania sprawy konstrukcji kamiennej przy kościele św. Jerzego.

 

#wywiad #archeologia #dzień #archeologa